Mijały dni a ja nie mogłam się pozbierać. W samym tylko styczniu schudłam 11 kg. Mimo leków i ogromnego wsparcia ze strony mojej dorosłej córki, paru przyjaciół i psychologa, mój stan zamiast się poprawiać to jeszcze bardziej się pogłębiał. Na początku lutego myśli samobójcze zagnieździły się już  w mojej głowiemyslalem_ze_najgorsze_w_zyciu__2014-08-12_21-11-32 na dobre. Teraz wstydzę się tego, ale w tamtym czasie czułam, że to jest jedyna możliwość aby uwolnić się od tego rozrywającego cierpienia. Naprawdę nie jestem w stanie wam opisać tego słowami. Na kolejną wizytę do psychiatry poszła ze mną córka. Chciała przypilnować mnie, żebym zgodziła się na pójście do szpitala.  A ja tak bardzo się bałam szpitala psychiatrycznego, mając w głowie, że tam są przecież sami wariaci a ja wariatką nie jestem. Pani doktor jak mnie zobaczyła, gdy weszłam do gabinetu to od razu stwierdziła „musi pani iść do szpitala, mija półtora miesiąca a u pani nie ma żadnej poprawy, wręcz przeciwnie”. Córka zaczęła w gabinecie mówić, że to jest jedyny ratunek dla mnie, że nie ma możliwości abym w domu doszła do zdrowia. Długo mnie obie namawiały…uległam. 17 lutego 2015 r. znalazłam się na oddziale zamkniętym szpitala psychiatrycznego (zamkniętym, ze względu na moje myśli samobójcze). Byłam przerażona, sala 6 osobowa w której tylko ja i jeszcze jedna babka z depresją a reszta schizofreniczki. Bo oddział ogólny, nie ma podziałów na rodzaje chorób. Boże! Co ja tutaj robię ? Teraz to już na pewno  zwariuję. Położyli mnie na środkowym łóżku a po lewej miałam jedną już trochę podleczoną schizofreniczkę (która słyszała głosy ale już coraz rzadziej)  po prawej też schizofreniczka ale w bardzo ciężkim stanie z urojeniami, głosami, zwidami… Na przeciw dalsze dwie chore psychicznie i Justysię z depresją. Okazało się jednak, że ja to się do każdego miejsca potrafię przyzwyczaić i z każdym człowiekiem porozumieć. Pomyślałam sobie, że przecież one są ciężko chore a że dali mnie z nimi do pokoju to nie mogą być niebezpieczne. Zresztą przez pierwsze dni było mi w sumie wszystko jedno, bo leżałam i tylko płakałam. Na noc prosiłam o leki na spanie, bo (nazwijmy moją sąsiadkę z prawej Beatą) Beata cały dzień się wysypiała a w nocy siadła na łóżku i stale się z kimś na cały głos kłóciła. Jak mogłabym bez tabletki spać przy niej ? Pierwsze dni byłam wystraszona w następnych, gdy już poznałam większość pacjentów, to ją opieprzałam, że ma być cicho. Najfajniejszym miejscem z całego oddziału była palarnia…tam poznałam Marię Świętą, Buddę, Stalina i wiele innych nie mniej „znakomitych” postaci. Paliłam wtedy jak smok, nic innego właściwie nie robiłam tylko paliłam. Rozmowy jakie toczyły się na palarni są po prostu nie do powtórzenia. Śmieję się teraz, że chyba coś w sobie mam bo każdy z chorych lubił przebywać w moim towarzystwie, rozmawiać ze mną, zwierzać się, błogosławić itp…Byłam zafascynowana tymi ludźmi, zadawałam mnóstwo pytań np. jak to jest słyszeć głosy i co te głosy mówią. Justyna opowiedziała mi, że jak kiedyś szła przez wysoki most to mocny męski głos mówił jej bezpośrednio do ucha „skocz z tego mostu, wiesz jak będzie fajnie”. Ona miała dwie nastoletnie córki i tylko to ją powstrzymywało, nie lęk, ze się zabije tylko co one by na to powiedziały, że matka skacze z mostów. Z równą fascynacją obserwowałam postępy w leczeniu. Widziałam jak z kogoś kto chodził jeszcze chwilę wcześniej jak zombi po korytarzu i nie wiedział gdzie się znajduje i co się z nim dzieje, zmieniał się w miłego i nader inteligentnego człowieka. Bardzo wielu pacjentów miało wyższe wykształcenie, ogromną wiedzę w różnych dziedzinach i nad wyraz rozwiniętą inteligencję. Byłam na oddziale zamkniętym 1,5 tygodnia. I gdy teraz o tym myślę to w tzw. normalnym świecie nie prowadziłam tak fascynujących obserwacji i tylu inteligentnych rozmów. Nauczyłam się tak wiele o ludziach, doznałam tak dużo ciepła (prawdziwego), zobaczyłam ogrom nieszczęść u ludzi którzy zmagają się z chorobami psychicznymi a potem z niezrozumieniem środowiska gdy wracają po leczeniu do swoich domów. Widziałam też niestrudzonych, świetnych lekarzy i pielęgniarki, dla których każdy pacjent był ważny, rozpatrywany indywidualnie, traktowany po ludzku. Tyle mówi się złego o złym traktowaniu chorych psychicznie, ja mam inne spostrzeżenia. Pani ordynator zadecydowała, że trzeba mnie przenieść  po 1,5 tygodniu na tzw. część „sanatoryjną” bo nie nadawałam się na oddział zamknięty a zresztą mój stan (chyba dzięki właśnie tym chorym) zaczął się poprawiać. Nie uwierzycie, ale bardzo mi było żal, że musiałam co niektóre osoby opuścić. „Zwykłym” pacjentom nie wolno wchodzić na oddział zamknięty… Przepraszam, że tak się rozpisałam…napisałabym o wiele więcej, ale nie chcę przynudzać. Przecież będą kolejne wpisy 🙂

Ktoś mi powiedział po pierwszych wpisach, że gratuluje mi odwagi. A czego mam się wstydzić ? Choroby ? Pobytu w psychiatryku ? Szczerze mam już teraz  gdzieś co kto sobie o mnie myśli czy pomyśli. Ale jeżeli moje wywnętrzanie uratuje chociaż jednego człowieka w depresji od samobójczej śmierci to ja będę najszczęśliwszą z ludzi na tym świecie. I jeszcze jedno ! NIGDY NIE MÓWCIE CZŁOWIEKOWI W DEPRESJI „WEŹ SIĘ W GARŚĆ”! To tak jakbyś kazał komuś bez palców grać na pianinie. Uwierz mi ! Wiem co mówię !

Pozdrawiam-Jola