Na początek opowiem Wam… pewną smutną historię o Joli, która gdy była jeszcze małą dziewczynką zawsze marzyła o tym, że przyjdzie do niej św. Mikołaj. Mieszkała ona niestety w strasznym domu z potworem, którego bardzo się bała. Ten potwór był często pijany i nieobliczalny. Razem z Jolą wychowywał się w tym domu jej siostrzeniec, młodszy od niej o 7 lat. Gdy św. Mikołaj odwiedzał inne domy, a mała Jola była już na tyle duża, że przestała już w niego wierzyć, postanowiła przynajmniej zrobić radość małemu siostrzeńcowi. Wiedziała, że on też tęskni do normalnego domu i czeka na Mikołaja. Za zaoszczędzone pieniądze kupowała drobne słodycze i chowała je późnym wieczorem pod łóżko, by rano zobaczyć radość na twarzy siostrzeńca. Ale…żeby siostrzeniec niczego nie podejrzewał, robiła też małą paczuszkę dla siebie i rano udawała zaskoczoną i radosną z faktu, że Mikołaj i o niej pamiętał. Była przecież małą niespełna 10-cio może 11-letnią dziewczynką spragnioną miłości, normalnego domu i rodzinnych świąt. Takie prezenty robiła przez parę lat do momentu, aż siostrzeniec również przestał wierzyć w Mikołaja. Pod choinkę też tylko ona wkładała prezenty dla wszystkich domowników (nawet dla potwora) no i oczywiście dla siebie…Nie mogę więcej pisać…..Wspomnienia dzieciństwa …..Eh.

Stale nie powracam do tematu mojego pobytu w szpitalu, bo po drodze przychodzą mi do głowy inne tematy. Zbliżają się święta i w związku z tym zaczęłam się zastanawiać jak je przeżywam teraz, gdy już jestem zdrowa. Co z moimi przygotowaniami przedświątecznymi, porządkami…z całą tą przedświąteczną gorączką? NIC! Zmieniło się we mnie wszystko. Zwolniłam tempo. Wszyscy zmęczeni porządkami a ja w związku z tym, że w listopadzie rozpoczęłam remont, który nadal trwa, ogarnęłam tylko co się dało i to raczej z kurzu niż jakoś tak gruntownie. Wszystko to robiłam powoli, bo gdzie niby miałabym się spieszyć. Przy płynących z radia świątecznych przebojach od czasu do czasu zapominałam o sprzątaniu i siadałam sobie w kuchni przy kawie by powrócić do sprzątania w momencie, gdy po prostu poczułam taką chęć. To jest wspaniałe uczucie, robić co się chce i jak się chce. Nie byłam też w żadnym supermarkecie na zakupach. Kupiłam trochę świątecznych przysmaków w osiedlowym sklepie. Pierwszy raz w życiu mam żywą choinkę. Jest okropna, jakaś taka powykrzywiana w różnych kierunkach. Przystroić też mi się jakoś szczególnie jej nie udało, nawet nie za bardzo jest jak takie „cudo” przystroić. Ale wiecie co? To jest w moich oczach najpiękniejsza choinka na świecie. Pierwszy też raz w moim życiu dałam się zaprosić na wigilię do rodziny. Pamiętam te wszystkie wigilie, gdy umordowana w kłębach pary, przy garach od świtu, nie mogłam wytrwać do pasterki, tak bardzo byłam zmęczona. Nigdy nie zgadzałam się na wigilijne wieczerze poza domem, chociaż wielokrotnie nas zapraszano. Teraz najpierw zapytałam dzieci co one na to i gdy uzyskałam ich aprobatę od razu przyjęłam zaproszenie. Depresja mnie wyhamowała, wyluzowała. Patrzę na świat inaczej. Życie ucieka, bo my pędzimy. Ja teraz jestem raczej obserwatorem tych wszystkich rozpędzonych w koło mnie ludzi. Czasem w niektórych filmach widziałam taką właśnie scenę, gdy stoi człowiek po środku miasta a dookoła wszystko przemieszcza się z zawrotną prędkością a on to obserwuje. Ja jestem właśnie takim obserwatorem. Teraz słucham uważnie ludzi, teraz też potrafię zauważyć, że z kimś się coś dzieje, że ma problem. Bo jak się ludzi obserwuje to można zobaczyć wszystko, jak się słucha to się pamięta, co ktoś do ciebie mówił. Jestem uważna na ludzi i świat. To jest właśnie ta dobro, które wyniosłam z depresji. Stałam się też twarda a jednocześnie bardziej wrażliwa. Jestem pewna, że tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los. Człowiek uważny na dzień, w którym żyje, bez trudu odkrywa magiczną chwilę. A tą chwilą może być cokolwiek…uśmiech przechodnia na ulicy o poranku, gdy biegniesz do pracy, wspólna kawa z ukochaną osobą popołudniu, całus dziecka przed snem wieczorem…mogą to być tysiące, setki tysięcy chwil…dla nas niezauważalnych. Ale człowiek uważny na dzień, w którym żyje, bez trudu odkrywa każdą magiczną chwilę.
Chcę spędzić święta nie na objadaniu się, lecz radośnie wśród życzliwych mi najbliższych ludzi, od których płynie miłość w moim kierunku (abym mogła ja odwzajemniać), chcę się zadumać na narodzinami Jezusa, co one dla mnie znaczą. Może znajdę czas na spacer, oczywiście, jeżeli będę miała ochotę…

Teraz już wiem, że jestem silna.

Pozdrawiam – Jola