„Szaleństwo to niemożność przekazania swoich myśli. Trochę tak, jakbyś znalazła się w obcym kraju -widzisz wszystko, pojmujesz, co się wokół ciebie dzieje, ale nie potrafisz się porozumieć i uzyskać znikąd pomocy, bo nie mówisz językiem tubylców.

– Każdy z nas czuł to kiedyś.

– Bo wszyscy, w taki czy inny sposób jesteśmy szaleni. „
                                                        Paulo Coelho „Weronika postanawia umrzeć”

Gdy byłam w najgłębszym stanie depresji to byłam ogromnie wyczulona na wszelką krytykę. Dlatego zamykałam się na jakąkolwiek pomoc czy radę. Drażniły mnie słowa przyjaciół czy bliskich czasem były dla mnie niezrozumiałe, innym razem przypominały piskliwą mieszaninę dźwięków. „Zrób tak albo tak”, „wstawaj, wyjdź do ludzi”, „musisz się pozbierać” itp. itd. Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, że oni chcą mi pomóc, że wyciągają do mnie dłoń. I uwierzcie mi bardzo, ale to bardzo chciałam, …ALE NIE MOGŁAM! Rozumiecie nie mogłam! Potem zaczęło mnie przygniatać poczuciem krzywdy, które przeplatało się z poczucie winy z powodu niemocy, zawalonych spraw zawodowych i rodzinnych, zaniedbanego mieszkania, zdrowia, braku inicjatyw, pomysłów …mogłabym tutaj mnożyć bez końca. Byłam winna wszystkiemu! Byłam winna nawet temu, że zachorowałam! Właściwie o to, że zachorowałam i z energicznej, dynamicznej i pełnej inicjatyw społecznych babki przekształciłam się w jakieś zapuchnięte od płaczu, rozczochrane, niedomyte monstrum – o to obwiniałam się najbardziej. BYŁAM WINNA, ŻE JESTEM CHORA, TO BYŁA MOJA WINA!!! Gonitwa myśli wyczerpuje i nie sposób jej zatrzymać. Wydaje się, ze myśli wywracają mózg. Strach, złość, smutek i żal są ich następstwem a ucieczką jeszcze głębsza depresja.

Miałam kiedyś taki sen.
Siedzę w kuchni z przyjaciółką, która nagle się mnie pyta:
– czy możesz mi wyjaśnić, co to właściwie jest ta depresja, bo nie potrafię tego pojąć.
Ja wyjęłam plastikowe puste opakowanie po jakieś margarynie i nożyczkami pocięłam je na drobne kawałki, rozsypałam na blacie kuchennym i mówię do przyjaciółki:
– to jest człowiek w depresji. A teraz, żeby wrócił do zdrowia trzeba z tych kawałków na powrót złożyć opakowanie
Ona na to:
– to coś jak puzzle?
Odpowiedziałam:
– tak, byłam złożona z setek tysięcy puzzli, które się teraz rozsypały, ja nie potrafię sama tego ułożyć, inni próbują, ale nieudolnie a ja się boję, bardzo boję, że już taka zostanę, że nikt mi nie pomoże albo, że jakiś element się zgubi. Krzyknęłam, na głos przez sen „NIECH MI KTOŚ POMOŻE!”, ten okrzyk mnie obudził. Byłam zapłakana i cała spocona.

Napisałam wam o poczuciu winy, które było nieodłącznym elementem mojej depresji. Chciałam jeszcze wspomnieć o tym jak ta choroba weryfikuje przyjaźnie, znajomości i kontakty z innymi ludźmi w ogóle. Jednak tak bardzo rozpisałam się tutaj, że w następnej notce napiszę i o tym, dlaczego stałam się obojętna na opinie innych ludzi, o piętnie „psychicznie chorej”(bo przecież byłam w psychiatryku) jak i właśnie o tym, co wydaje mi się z jednej strony za dobre z drugiej za smutne, o przyjaźniach, które się skończyły, ale i o tych, które się zaczęły – dzięki depresji.
Pozdrawiam – Jola.