„Istnieją w życiu sprawy, które bez względu na to
z której strony byśmy na nie patrzyli –
są zawsze tak samo ważne dla wszystkich.
Miłość jest jedną z nich.”

Paulo Coelho „ Weronika postanawia umrzeć”
Pan Edzio…
Pana Edzia poznałam w szpitalu psychiatrycznym w części tzw. sanatoryjnej. Tutaj każdy miał już diagnozę i ustawione leki. Na tym oddziale się wypoczywa, uczestniczy w zajęciach terapeutycznych i łyka leki. Dlatego pacjenci taką nadali mu nazwę „sanatorium”.
Pan Edzio chociaż był najstarszy w naszym gronie, to on parzył nam kawę i podawał do stołu w świetlicy, on wychodził ostatni pilnując wieczorem, aby nic nie zostało załączone, porozrzucane itp.
Ja znowu, jako obserwator, zastanawiałam się, jakim on jest człowiekiem, na co choruje, wymyślałam też sobie różne scenariusze na temat jego życia i…się za wiele nie pomyliłam.
Do emerytury zostały mu niespełna dwa lata. Był prostolinijnym i dobrodusznym wdowcem. Żona zmarła mu dziesięć lat temu, ale on nie pogodził się z jej śmiercią. Bardzo ją kochał. Często o niej wspominał. Zawsze w tych wspomnieniach używając słów moja Emilcia. Zapewne już się domyślacie co pana Edzia sprowadziło do szpitala…oczywiście, że depresja, w którą wpadł po śmierci żony i powracał z nią do szpitala średnio co 1,5 roku.
Nie miał dla kogo żyć. Tak mówił. Dzieci z żoną nie mieli. Gdy Emilka zmarła jego życie miało sens tylko w pracy, ale choroba zabierała mu i tę aktywność.
Dom stał się bolesną księgą wspomnień, wyzierających -z każdego kąta, z każdej filiżanki a nawet z każdego pyłku, unoszącego się nad sprzętami domowymi, które jeszcze nie tak dawno dotykała ukochana osoba. Jak można przestać cierpieć w tym otoczeniu, gdy kochało się tak mocno ?
Rozmawiałam z panem Edziem wielokrotnie i jak to w psychiatryku, na wszystkie tematy. Jestem bezpośrednia i dlatego zapytałam go kiedyś, dlaczego się nie wyprowadzi, albo chociaż nie pozmieniał czegokolwiek w swoim mieszkaniu, tak żeby oddalić troszkę smutne wspomnienia.

 

Powiedział:
– Jolu, a co by na to Emilka powiedziała ? Mogłaby mnie nie znaleźć albo pogubić się w mieszkaniu. Nie mogę tego zrobić.
Mówię mu :
– przecież ona już 10 lat nie żyje.
– wiem, ale ja cały czas czekam, bo może jej dusza zapragnie mnie któreś nocy odwiedzić i co? Będzie mnie szukać w innych mieszkaniach albo obijać się o przestawione meble. Jolu ja tylko dlatego nie odebrałem sobie jeszcze życia bo się boję…
Zapytałam
– czego się pan boi
-jestem wierzący i boję się, że przez samobójczą śmierć poszedłbym do piekła. A moja Emilka jest na pewno w niebie.
Zaraz przyszedł mi na myśl film chyba o tytule „Miedzy niebem a piekłem” albo „Między piekłem a niebem” nie pamiętam, z udziałem nieżyjącego już Robina Williamsa , który nomen omen też popełnił samobójstwo z powodu depresji.
Taka miłość jak pana Edzia i jego Emilci zdarza się raz na chyba tysiąc par. On ją tak kochał, że życie na ziemi stało się nie do zniesienia i tylko wiara w to, że nie złączy się z nią ponowie po śmierci, powstrzymywała go przed samobójstwem.
Ja jak sobie o tym wszystkim myślę, to mam taką ideę, że pan Edzio nigdy nie przeżył żałoby po żonie, nie wypłakał się tak do końca, nie pozwolił nigdy Emilci odejść i sam znalazł się w więzieniu między życiem (którego już nie chciał) i śmiercią (która miała być wybawieniem), ale której się bał.

 
Zakończę cytatem z „Jedenastu minut” mojego ukochanego Paulo Coelho. Pozdrawiam -Jola

„Po prostu niewiarygodne!
A jednak możliwe, bo człowiek może wytrzymać tydzień bez picia,
dwa tygodnie bez jedzenia, całe lata bez dachu nad głową,
ale nie może znieść samotności.
To najgorsza udręka, najcięższa tortura.
Tym mężczyznom i wszystkim ludziom,
których spotkała,
samotność dotkliwie dawała się we znaki.
I oni mieli poczucie, że nie liczą się dla nikogo. „