IMG_5581

Z depresji można wyjść. Kiedy usycha dusza, cały byt okazuje się pomyłką, zwykłą stratą czasu.

Izabela Degórska (z książki Krew to nie wszystko)

Napisałam tutaj już tak dużo o depresji, że chyba najwyższy czas przekazać Wam jak z niej wyszłam, jak sobie radziłam i jak się czuję teraz. Chcę być przykładem, może nawet i dowodem co dla niektórych na to, że da się z tego wyjść. Mało tego…że potem można żyć już tylko inaczej, lepiej. Świat nabiera barw i mimo tego, że nadal dotykają człowieka problemy, duże i małe, to jednak już nic nie jest takie samo. Złota maksyma mojej córki ( z góry przepraszam za wulgaryzm) „miej wyjebane a będzie ci dane” stała się w pewnym momencie moją mantrą. Zanim jednak przyjęłam te słowa sobie do serca to musiałam przejść przez swoje prywatne piekło.
Jak już wcześniej pisałam, największym wsparciem była mi w chorobie moja córka…Teraz gdy patrzę na to z perspektywy czasu, to uważam, że ja byłam dla niej w tamtym czasie ogromnym ciężarem. Niosła mnie biedna na swoich plecach i całkowicie zamieniłyśmy się wtedy rolami. Ona mi matkowała, tłumaczyła najprostsze ( a niezrozumiałe w tamtym czasie dla mnie) rzeczy. Zachowywałam się jak porzucona nastolatka. Stale pragnęłam jej obecności a jak była to chciałam żeby mnie zostawiła. Wydzwaniałam ze szlochem setki razy dziennie, pisałam dziesiątki smsów. Byłam jak wampir. To, że poszłam do szpitala uratowało chyba nie tylko mnie ale chyba ją również, bo jak trwało by to wszystko jeszcze przez parę tygodni to myślę, że moja córka sama przeżyłaby załamanie nerwowe.

Teraz chcę pozbierać sobie wszystko w całość żeby rzetelnie wam przekazać moją receptę (chociaż to może za duże słowo) na wyjście z tego gówna (przeprasza za słowo, ale nie znajduję innego określenia dla depresji). Jest to bardzo trudne zadanie, ponieważ na samym początku, gdy już zaczęłam powoli z tego wychodzić to nie zadawałam sobie z tego sprawy. Nie zauważałam tych subtelnych zmian jakie zachodziły we mnie i zachodzą nadal, bo to jest długotrwały proces. Człowiek przecież przez całe życie pracuje nad sobą…po depresji robię to świadomie i może nawet z jakąś taką determinacją. Dlaczego determinacją? Bo to jest walka na śmierć i życie. Albo już do końca życia będę budowała radość i dobro w sobie, kochała siebie i dostrzegała piękno otaczającego świata, nie wracała do przeszłości albo ….śmierć. Śmierć w bólu rozpaczy, śmierć samobójcza bo drugi raz, wiem to na pewno, takiego cierpienia duszy i ciała, nie byłabym w stanie znieść. Postaram się to jakoś usystematyzować najpierw w punktach, które w następnych wpisach zacznę rozwijać. Nie chcę aby moje wpisy były za długie, ponieważ nie chcę was nudzić.
1. Bezsenność bo od niej wszystko się zaczęło – zmęczenie z tym związane zaczęło wywoływać nerwowość w ciągu dnia i powolną dekoncentrację – zaczęłam kupować ziołowe leki nasenne, uspokajające, najpierw łykałam wg wskazań z ulotki a z czasem całymi garściami – nie radziłam z tym sobie.
2. Smutek – nie cieszyło mnie nic, powoli coraz częściej zaczęłam popłakiwać, pokładać się w łóżku. Minął tydzień i było coraz gorzej. Przepłakiwałam całe te bezsenne noce. Zaczęłam szukać informacji w internecie co się ze mną dzieje. Podejrzewam siebie o nerwicę, ale znajduję już pierwsze wzmianki o tym, że mogę mieć depresję, nie jestem pewna, rozwiązuję test i na 12 punktów odpowiadam na 12 TAK a już 3 odpowiedzi miały świadczyć o tym, że mam depresję. – nie jestem głupia i już wiem, że bez specjalisty nie dam sobie sama rady.
Pamiętajcie, że smutek, płacz i poczucie samotności utrzymujący się powyżej 2 tygodni to znak, że potrzebujecie pomocy specjalisty. Nie diagnozuję, ale uważam, że pójście do specjalisty nie zaszkodzi a może rozwiać wątpliwości.
3. Psychiatra, psycholog, leki, szpital, terapia – najlepsze co mogłam zrobić dla siebie. To wszystko nie dość, że uratowało mi życie to pozwoliło dogłębnie poznać skąd się wzięły moje problemy, potem poznać i zrozumieć siebie i na koniec rozpocząć wspaniałą pracę nad udoskonalaniem siebie.

4. Teraźniejszość – życiem dniem dzisiejszym bo wczoraj już nie ma a jutro nigdy nie nastanie….

Właśnie te ostatnie dwa punkty rozwinę w następnym wpisie bo są najważniejsze i są ścieżką do mojego i być może waszego zdrowia.

Pozdrawiam -Jola

Reklamy