Psychiatra 

….leczy tylko i wyłącznie wariatów, więc jak ktoś przy zdrowych zmysłach może przekroczyć próg jego gabinetu. Wyjdziesz z gabinetu, zobaczy cię ktoś znajomy i przerąbane bo wszyscy będą o tobie mówić, że zwariowałeś. Tak myśli chyba 80 procent ludzi chorujących na depresję lub nerwicę. Sami sobie stawiają barierę, której nie potrafią przekroczyć. Im bardziej jesteśmy wykształceni tym gorzej. Mam inną naturę, zawsze szukam pomocy. Cokolwiek działo się złego w moim życiu i nie potrafiłam sobie sama z tym poradzić to od razu szukałam pomocy na zewnątrz. Cieszę się teraz z tego, że mam taką naturę, że nie wstydzę się prosić o pomoc.

 

Nie będę was okłamywać….moja pierwsza wizyta u psychiatry też była podszyta lękiem, ale nie takim w stylu „co ludzie powiedzą”, lecz bardziej bałam się, że może usłyszę jednak od psychiatry, że zwariowałam. Tak się na tamten czas czułam, i albo mam w życiu szczęście do miłych i dobrych lekarzy, którzy przejmują się mną jako pacjentką albo nie dostrzegam czegoś. Nie wiem…Pierwsze moje słowa po przekroczeniu gabinetu brzmiały…a jakże…”pani doktor ja chyba zwariowałam”. Pani doktor podniosła na mnie wzrok, zobaczyła moją zapłakaną, z podkowami pod oczami, twarz i z szerokim uśmiechem powiedziała „jakby pani zwariowała to by pani o tym nie wiedziała, pani ma depresję”. Przepisała leki, wytłumaczyła jak dawkować i na koniec pocieszyła, że powinnam poczuć się lepiej po upływie ok. dwóch tygodni zażywania. I tyle. Nie bolało. Mimo tego, że czułam się fatalnie, łzy nie przestawały kapać to jednak wyszłam z gabinetu z nadzieją…dwa tygodnie…brzęczało w uszach. Wytrzymam jeszcze dwa tygodnie ? Tylko dwa tygodnie a może aż dwa…ważne, że dostałam nadzieję, że to cierpienie się w jakimś terminie skończy. Niestety…nie skończyło się, było jeszcze parę wizyt, zmiana dawkowania leków…zmartwiona pani doktor bo zamiast poprawy następowało znaczne pogorszenie mojego stanu. Były ku temu powody o których może kiedyś tutaj napiszę a może nigdy nie będę chciała tego opisywać. Ważne jest to, że zaczęło się moje targowanie z panią doktor o moje pójście do szpitala. Bardzo się bałam szpitala….

 

Równocześnie z lekami zaczęłam też terapię u psychologa, czułam ogromną potrzebę wyrzucenia z siebie wszystkiego cokolwiek szkodziło mojemu zdrowiu. Przede wszystkim jednak chciałam znaleźć u psychologa jakąś wskazówkę, radę sama nie wiem co, ale miało to być coś co miało wskazać powód mojej depresji a czego nie potrafiłam odkryć sama. Opiszę tutaj potem moje spotkania ze wspaniałym (znowu fart) psychologiem. A działo się tyle i wciąż dzieje w moim życiu, że nadal korzystam z pomocy psychologicznej. Jest to temat, któremu warto poświęcić całą notkę…

 
Szpital…
W końcu po 1,5 miesięcznym leczeniu ambulatoryjnym, trochę naciskana przez córkę, wyraziłam zgodę i 17 lutego trafiłam na Oddział III tzw. zamknięty do Centrum Psychiatrii w Katowicach – Szopienicach. Dostałam się na oddział zamknięty, ponieważ lekarz przy przyjęciu uznał mój stan za ciężki a na dodatek myśli samobójcze nie opuszczały mnie już ani na moment. Przyznajcie się teraz co pomyśleliście, co podsunęła wam wasza wyobraźnia na słowa „oddział zamknięty” ? Nie musicie nic mówić…wiem co ludzie myślą…przypięci pasami do łóżek, bełkocący lub krzyczący wariaci. W lżejszej wersji …snujący się po korytarzach zamroczeni lekami, zaczepliwi, nieprzewidywalni, nieobliczalni….BU ! Strach się bać….

 
Weszłam na długi i cichy korytarz. Nikt nie krzyczał nikt mnie nie zaczepiał. Sala 6 osobowa. Zostałam miło i z uśmiechem przywitana przez inne pacjentki , nie wiedziałam, bo niby skąd, że wszystkie mają schizofrenię, tego nie ma się wypisanego na twarzy a obraz schizofrenika w głowie miałam inny…Wszystkie wyglądały całkiem normalnie. Najgorzej to chyba ja wyglądałam. Położyłam się na swoim łóżku i zaczęłam od razu szlochać. Każda z moich współtowarzyszek próbowała mnie pocieszyć. Wszystkie też pytały, dlaczego płaczę. Płaczę bo mam depresję, odpowiedziałam…widziałam zrozumienie w ich oczach. Pierwszy raz od dwóch miesięcy zrozumiał o czym mówię i co najważniejsze poczułam pełną akceptację dla mojego stanu, dla mojej choroby. Zanim zasnęłam wycieńczona przeżyciami i płaczem, usłyszałam jeszcze od Ewy „wszystko będzie dobrze, tu ci pomogą, a na naszej sali jest wesoło to i płakać szybko przestaniesz”. ….na bloga
cdn.

Pozdrawiam-Jola