Na oddziale zamkniętym czułam się jak Mały Książę na swojej planecie. Myślę, że tak czuł się tam każdy pacjent. Każdy ze swoją chorobą wśród wielu pacjentów a jednocześnie w swoim świecie, ze swoimi problemami na swojej planecie. To takie dziwne moje skojarzenie, ale w pełni uzasadnione. Zapytajcie chorych na jakiekolwiek choroby psychiczne lub depresje, nerwice w czasie, gdy czują się lepiej…usłyszycie, że czują się na tym świecie jakby byli z innej planety. Mały Książę szukał przyjaźni, akceptacji, miłości. Nie rozumiał tego świata i ludzi….

 
„Ludzie… wpadają w wartki prąd czasu, nie pamiętając już, czego szukają. Machając gorączkowo rękami, kręcąc się w kółko… To nie ma sensu.”

                                                                                                             Mały Książę
Ja też tak się czułam. Tylu ludzi w koło a ja samotna, nierozumiana, odrzucona z całkowitym brakiem akceptacji ze strony niemal wszystkich, dla mojego depresyjnego stanu. Nagle po długiej wędrówce znalazłam się wśród wielu takich samych „innych” jak ja. ZROZUMIENIE i AKCEPTACJA! To chyba najważniejsze słowa, jakie przychodzą mi do głowy, gdy myślę o szpitalu psychiatrycznym. I nie mówię tutaj tylko o pacjentach, którzy z autopsji mogli wczuć się w mój stan. Myślę też o personelu medycznym. Oni rozumieli, co do nich mówiłam, gdy na przykład pokazywałam, gdzie umiejscowiony mam lęk (bo zaczęłam mieć lęki). Lęk umiejscowił mi się w żołądku. Czułam na każdej wizycie ZROZUMIENIE dla mojego stanu i troskę o to w jaki sposób mi pomóc. Lęk przyszedł sobie pewnego dnia i nie opuszczał całymi dniami. Jakbym miała wam tak obrazowo wytłumaczyć co to takiego ten lęk, to na pewno w życiu chociaż raz zdarzyło wam się bać czegoś w taki sposób jakby za chwilę miało się wydarzyć coś strasznego, tylko jeszcze nie wiadomo co miałoby to być. Ludzie taki lęk czasem nazywają przeczuciem i jak się rzeczywiście coś złego wydarzy to godzinami się potem chwalą, że to przeczuwali. Taki lęk przychodzi na chwilę, może na parę chwil….a co byś zrobił jakbyś odczuwał go nieustannie przez dni, tygodnie miesiące? Cały czas się czegoś boisz, czasem nawet panicznie. Na początku było to przytłaczające, potem trochę się przyzwyczaiłam, ale nie można się do tego lęku przyzwyczaić tak całkowicie. W szpitalu dostawałam leki przeciw lękowe, pomagały na parę godzin i najczęściej wieczorem lęk powracał. Czasem ze zdwojoną siłą. Depresja, lęki…myślałam, boże, co jeszcze? Lęków pozbyłam się dopiero na terapii i to dosłownie w jednej minucie. Ale jak to się stało, napiszę jak będę opisywać terapię.

 
Niestety w depresji wróciłam do palenia papierosów. Właściwie nic innego nie robiłam. Nie jadłam, nie spałam tylko paliłam. Dlatego też bardzo ucieszył mnie fakt, że na oddziale zamkniętym była palarnia. Palarnia…najciekawsze, najbardziej terapeutyczne miejsce na oddziale. Tutaj nikt nie miał przed nikim tajemnic. Rozmowy toczyły się na wszystkie tematy, nie było tematów tabu. Tutaj dowiedziałam się, że połknięcie tabletek to wcale nie jest najlżejsza śmierć samobójcza, że w ogóle nie ma łatwego i bez bólowego sposobu na odebranie sobie życia. Ja znowu jako obserwator…Może to głupie, ale byłam tak zafascynowana tymi ludźmi, że płakałam coraz mniej a nawet zdarzało mi się najpierw uśmiechać a potem nawet czasem śmiać do łez.

 

W najgorszym stanie była na palarni Moniczka. Młoda, 19 letnia dziewczyna, bez całkowitego kontaktu z otoczeniem. Wzrok skierowany w jednym kierunku. Na palarnię bardzo często przyprowadzali ją rodzice. Miłość i troska jej rodziców były ogromne. Przychodzili do niej dwa razy dziennie, wyprowadzali na spacer, do palarni. O Monice krążyły różne plotki, a to że była ofiarą gwałtu, a to że jej stan to wynik nieszczęśliwej miłości. W sumie nikt nie wiedział co jej się stało. Mój pierwszy kontakt z Moniką był niesamowity. Siedziała sama na palarni, nie znałam jej, a że ja mam łatwość w nawiązywaniu kontaktów i zawsze się pierwsza wychylę, więc i do Moniki zagadnęłam …
– cześć jestem Jola a ty jak masz na imię?
– Mo-ni-ka- odpowiedziała powoli sącząc każdą sylabę.
Zaczęłam o coś jeszcze ją pytać, ale ona już miała nieruchomy wzrok, patrzyła w przestrzeń poza mną i nie odpowiedziała. Zaskoczyła mnie reakcja innych pacjentów, którzy akurat byli na palarni…wszyscy na mnie zawiesili wzrok i to w taki sposób jakbym nie wiem, co, rogi miała albo coś innego niezwykłego. Podeszłam więc do stolika przy którym palili i pytam,
-co się tak na mnie gapicie.
– Monika się do ciebie odezwała a ona tutaj jeszcze ani słowem do nikogo nie przemówiła…to jest niemożliwe. A często któreś z nas próbowało nawiązać z nią kontakt.
Ha! Poczułam się taka dumna, niemal jak bohaterka. Potem byłam świadkiem rehabilitacji Moniczki i jej powolnego a potem już całkowitego powrotu do zdrowia. Długo to trwało. Mogę się jedynie pochwalić, że ona tylko mnie czasem odpowiadała na jakieś pytania (wprawdzie jednym słowem) dla mnie to jednak było coś tak wielkiego i radosnego jakbym jakiś szczyt osiągnęła. Była to taka duma typu „wzbudzam zaufanie, docieram do ludzi”. …To była dla mnie ważna informacja na własny temat…..

do wpisu