„Tyl­ko wa­riaci są normalni.” 

                          Jonathan Carroll „Muzeum psów”

 

Chyba porwałam się z motyką na słońce…Chciałam tym blogiem przełamać stereotypy dotyczące korzystania  z opieki lekarzy psychiatrów oraz że nie wszyscy pacjenci szpitali psychiatrycznych to osoby  niespełna rozumu. Teraz dostaję komunikaty „Jola po co ty tak szczerze opisujesz swój pobyt w szpitalu psychiatrycznym, teraz to już wszyscy będą mówić że jesteś wariatką”

Zakończyłam mój poprzedni wpis słowami „teraz jestem na takim etapie, że mało jest rzeczy (prawie wcale), które mogą mnie wyprowadzić z równowagi. Ludzie obgadują i obgadywać będą…Jestem wariatką…Ok…jestem, jeżeli ty tak o mnie myślisz to mogę być kimkolwiek chcesz. Najważniejsze, że ja wiem kim jestem…”.  I nadal tak myślę. Co mnie obchodzi opinia pani X czy Y. Może uciekać przede mną na ulicy, omijać mnie łukiem, udawać że nie zna itp. Czy coś mi to zrobi, czy zachwieje moje poczucie wartości ? Czy któreś z tych ludzi pracuje na mnie, utrzymuje mnie, opiekuje się mną ? Nie ! Opinia innych ludzi nie ma teraz dla  mnie żadnego znaczenia i to właśnie dzięki temu, że tyle krytyki i słonych słów słyszałam w ostatnim roku na swój temat, po prostu się zahartowałam. Żal mi jedynie tych, którzy zajmują się mną i moim życiem bo widocznie swoje mają zbyt ubogie lub nie mają go wcale. I tyle w tym temacie….

12696589_1580773798849077_1681789004_o

* szpital wieczorem

Po pawie dwóch tygodniach pobytu na oddziale zamkniętym, przeniesiono mnie na oddział tzw. sanatoryjny. Taką nazwę nadali mu pacjenci ze względu na to, że pobyt tutaj polegał tylko na zażywaniu leków i wypoczynku.

Zapraszano nas na muzykoterapię i zachęcano do udziału w zajęciach manualnych.

12736968_1580774165515707_794416474_o*taką serwetkę robiłam w szpitalu

Oba oddziały, zamknięty i sanatoryjny, mieściły się na tym samym piętrze naprzeciw siebie. Z zamkniętego oddziału (jak zresztą nazwa wskazuje nie można było samemu wychodzić, w lżejszych przypadkach tylko na 1 godzinny spacer). W części sanatoryjnej meldowałam pielęgniarkom, że wychodzę, musiałam pokazać się po godzinie i mogłam znowu wyjść. Totalny luz.12736568_1580773848849072_457808596_o

* widok na szpitalny park

Brakowała mi jednak palarni. Kadra medyczna była wspólna dla obu oddziałów. Dlatego też lekarze znali moją historię choroby. Tutaj pierwszy raz usłyszałam od pani Ordynator, że w moim przypadku terapia byłaby skuteczną metodą leczenia. Zgadzałam się na wszystko, ponieważ byłam w tym czasie jak na huśtawce. Jeden dzień się czułam lepiej, potem kilka dni bardzo źle i tak na przemiennie. Każdy z pacjentów miał swojego lekarza prowadzącego i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Znowu dało znać o sobie moje szczęcie do lekarzy, trafiłam do dr. Agnieszki, która zawsze znajdowała dla mnie czas, gdy tylko ją o to poprosiłam. Rozmawiała ze mną tak długo jak ja tego potrzebowałam, nie niecierpliwiła się  a jej spokój i trafne spostrzeżenia dotyczące mojego leczenia dawały mi silne poczucie bezpieczeństwa i nadziei, że będę w końcu całkiem zdrowa. Tak, całkowicie zdrowa!  Pani doktor szukała dla mnie najskuteczniejszego leku i zawsze informowała mnie o wszystkim co dotyczyło mojego leczenia. Nigdy nie zdarzyło się, żebym musiała „biegać” za panią doktor i pytać co to za nowy lek mam wprowadzony, jakie mogą być skutki  uboczne itp. Zawsze zanim wprowadzano mi nowy lek byłam wzywana na rozmowę i pani dr. Agnieszka wszystko mi tłumaczyła. Gdy pewnego dnia po wprowadzeniu jakiegoś leku nowej generacji  dostałam w nocy biegunkę to już rano nie dostałam tego leku. Zostałam natomiast, że antydepresantów nie można tak gwałtownie przerywać, że mogę się zacząć jeszcze gorzej czuć, więc byłam na to przygotowana. Przez parę kolejnych dni leżałam znowu w łóżku i wyłam jak wilk do księżyca a lęki nie opuszczały mnie prawie wcale.  Wielokrotnie jeszcze miałam zmieniane leki.

 

Niestety pewne czynniki ze świata zewnętrznego nie pozwalały mi na powrót do zdrowia a nawet na jakąś znaczniejszą poprawę mojego stanu. Byłam a właściwie pozwoliłam sobie na to  aby ktoś mnie niszczył. Boże, jak teraz o tym myślę to wydaje mi się jak sen. Jak mogłam pozwolić na to, żeby inny człowiek miał tak ogromny wpływ na moje zdrowie i życie.  Teraz nie byłoby to możliwe, tak wiele wiem o sobie, o ludziach, znam swoje mocne i słabe strony. Paradoksalnie wszystko to zawdzięczam depresji. Gdyby nie depresja, której konsekwencją był mój całkowity upadek nie miałabym szansy się podnieść i pracować nad sobą. Gdyby nie depresja i szpital psychiatryczny w którym przeszłam terapię, nigdy nie wiedziałabym tyle o sobie, ludziach i świecie.  Rok 2015 jak już wcześniej pisałam był najtragiczniejszym z wszystkich 47 lat mojego życia, ale był też najważniejszą lekcją, którą dostałam od życia i z której będę czerpać do końca swych dni.

na bloga