A co jeśli jutra już nie będzie? Może się tak przecież zdarzyć.

                                                                         Jolanta Fujawa 🙂

 

Muszę jednak powrócić kochani do mojej przeszłości. Chcę, żebyście mnie lepiej poznali. Chcę się z wami zaprzyjaźnić.  A przyjaciela przeszłość powinno się znać. Jak już zaczęłam się tutaj wywnętrzać to nie będę niczego ukrywać. Nie będę tutaj jedynie pisać o rzeczach, które mogłyby w jakikolwiek sposób kogoś skrzywdzić. Nie chcę być taka jak inni, którzy nawet mnie nie znając wypowiadają się krytycznie na mój temat.

 

Zawsze miałam pod górkę. Pochodzę z patologicznej rodziny. Ojciec alkoholik znęcał się nad nami a mama niezaradna życiowo nie potrafiła sobie poradzić z tą sytuacją, żyła tylko między pracą a awanturami. Bardzo cierpiałam w tym domu. Schronienie przed awanturami znajdowałam w pokoju babci, która z nami mieszkała. Po jej śmierci ten pokój przypadł mnie. Nie będę szczegółowo opisywać jak często płakałam, jak bardzo nie raz się bałam i jak często prosiłam Boga żeby zabrał mnie z tego domu, bo jak mam tak cierpieć to wolę umrzeć….Ot młoda nierozumna natura. Teraz jak o tym myślę to mam wrażenie, że zawsze ktoś tam u góry nade mną czuwał skoro nic mi się nie stało i że sama sobie nic nie zrobiłam….Zawsze obiecywałam sobie, że jak ja będę mieć dzieci i męża to codziennie będę im powtarzała, że ich kocham. I właśnie tak robiłam i robię. Moje dzieci nie mają oporu żeby powiedzieć kocham cię mamo… Chociaż w tej kwestii moje marzenia się spełniły. Zawsze byłam biedna, często głodna….Robię wszystko, żeby moje dzieci nie zaznały biedy i głodu….

 

Los mnie nie oszczędzał, ale byłam zawsze optymistką i wierzyłam w to bardzo, że i dla mnie w końcu zaświeci słońce. Niestety przez całe lata te promienie słońca nie mogły jakoś się do mnie przedostać… Nic to, było minęło…. Smutne jest jednak to, że niektórzy ludzie przechodzą przez życie jakoś tak radośnie a moje życie powinno nosić tytuł „Od tragedii do tragedii”.  Czasem nie miałam nawet chwili, żeby zaczerpnąć oddechu i otrząsnąć się z jednej tragedii, bo już kolejna czaiła się za rogiem. Najszczęśliwsze momenty mojego życia? Ślub, urodzenie dzieci…i długo, długo nic. Dopiero teraz po wielu latach zaczynam doznawać szczęścia i to jest dla mnie takie dziwne, że nie potrafię w to uwierzyć. Ale jak mam wierzyć, skoro nadal czekam na kolejne walnięcie mnie młotem w głowę? To było mi znane przez lata….

 

W latach 2006 – 2015 niemal wszyscy mi bliscy ludzie w koło mnie zachorowali na raka i większość z nich umarła. Opiekowałam się dwoma moimi starszymi siostrami, przewijałam, karmiłam, pocieszałam i obu zrobiłam pogrzeby. Zmarł mój szwagier, przyjaciel rodziny, chorował i zmarł na raka mój mąż. Ja się pytam ile może unieść jedna osoba?

 

Okazuje się jednak, że więcej niż mi się wydawało. Między jednym chorym, jedną a drugą śmiercią, między tym wszystkim, ja po prostu nie miałam czasu zastanawiać się i użalać nad sobą. Jeszcze jakimś dziwnym zrządzeniem losu otoczona byłam trzeźwiejącymi alkoholikami, ludźmi z różnego rodzaju problemami. Nie wiem jak to się działo, ale wszyscy do mnie lgnęli, dzielili się swoimi problemami, mieli do mnie ogromne zaufanie i oczekiwali wsparcia duchowego, pomocy w rozwiązaniu problemów itp. Gdziekolwiek się pojawiłam, w parku, w przychodni…zaraz ktoś się do mnie przysiadał i opowiadał mi cały swój, najczęściej tragiczny życiorys i oczekiwał ode mnie najpierw wysłuchania, potem zrozumienia i wsparcia. Gdzie ja w tym wszystkim byłam? Nie było mnie w ogóle…Jak teraz się nad tym zastanawiam to myślę, że przyszedł już czas na to, żeby ktoś  zaopiekował się mną. Chociaż wiem, że świetnie poradzę sobie w życiu, ale pragnienie żeby, chociaż raz w życiu ktoś przejmował się mną a nie wiecznie ja kimś innym, jest tak ogromne…. pragnienie bycia zauważalną, ważną dla kogoś uważnego na mnie…Eh…

 

To się wydarza właśnie teraz, a ja, co? Boję się bardzo, że to będzie ulotne a ja wrócę do swojej roli „opiekuna wszystkich ludzi”.  Tym blogiem i owszem, chcę pomagać innym, ale nie w taki sposób, jaki czyniłam to dotychczas. Ktoś mnie zapytał, czy nie przytłacza mnie to, że ludzie piszą do mnie o swoich problemach. Zapewniam was, że nie! Cieszę się, że mogę pomóc, ale też nie biorę już sobie problemów innych tak bardzo do serca jak robiłam to kiedyś. Jestem raczej drogowskazem, dowodem na to, że można, jeżeli się chce…i tylko tyle. Uważam jednak, że mam moralny obowiązek, jako ktoś, kto coś przeżył, podzielić się tym z innymi. Najlepszą formą terapii dla osoby chorej na depresję jest spotkać na swej drodze kogoś kto rozumie, akceptuje i swoją osobą pokazuje, że mu się udało pokonać tę straszną chorobę.

na bloga