Wspominałam tutaj już kiedyś o tym, że mierzyłam się oprócz samej depresji z lękami. Lęk przed nie wiadomo czym, umiejscowiony w „dołku”, paraliżujący przed działaniem. Zauważyłam od paru dni, że znowu skubany się pojawia. Próbuję  analizować, pytać siebie w myślach „czego się Jola boisz?”odpowiedzi brak. Lęk bez powodu ? Czy to możliwe?

A jednak….

W szpitalu nauczyłam się z nim żyć, więc i teraz sobie dobrze radzę. Nie zwracam na niego uwagi…no może czasem…łapię się ręką za ten „dołek” właśnie, głaskam i mówię w myślach sama do siebie „nie bój się, wszystko będzie dobrze, jesteś silna”. Pomaga na chwilę. Wczoraj byłam na wycieczce z przyjaciółką w Cieszynie. Od dawna to planowałyśmy, bardzo się cieszyłam na ten wyjazd. Gdy dotarłyśmy na miejsce i poszłyśmy zwiedzać pałac, pojawił się lęk. Nie mogłam się na niczym skupić, nie słuchałam co opowiada przewodnik. Moja przyjaciółka od razu się zorientowała, że coś jest nie tak…”Co się dzieje”- zapytała. „Nic”-odpowiedziałam, a ona „mnie nie okłamiesz, aż na twarzy jesteś zmieniona”. Wystarczyło jedno moje słowo „lęk” i ona nie pytała już więcej, wiedziała, że nie jest w stanie mi pomóc, że muszę sobie z tym poradzić sama. Uśmiechała się tylko pogodnie, zerkając na mnie od czasu do czasu.

Lęk ustąpił dopiero po 4 godzinach, samoistnie i niezauważalnie. Bo starałam się na niego jak zwykle nie zwracać uwagi, dlatego nie zauważyłam, kiedy przestał mnie „straszyć”.

Dziś znowu lęk jest moim towarzyszem. Piszę ten tekst, każde zdanie po parę razy bo się czegoś boję i nie potrafię przez to skupić. To jest tak, jakby za chwilę miało wydarzyć się coś strasznego…I znowu próbuję racjonalnie myśleć, znowu się pytam w myślach siebie, czego się boję i odpowiedzi jak zwykle nie dostaję….No to sobie tak razem posiedzimy, poboimy się, poczekamy…komu się w końcu znudzi…

Nie będę ci skurczybyku ulegać, nie ma takiej opcji !

na bloga